środa, 7 stycznia 2026

Coś się z Tobą stało? - napisane w 2025 - publikacja 07.01.2026

Zastanawiam się od czego zacząć tego posta. Ostatni raz, kiedy wrzuciłam tu coś oficjalnie, ludzkość nie znała jeszcze ChatGPT, tylko leczyła traumy i depresje po Covid19. 

Od ponad dwóch lat żyłam trochę zimując. Zapadłam w długi, dwuletni sen. Mam wrażenie, że zewnętrznie, owszem, żyłam, doświadczałam, cierpiałam i cieszyłam się. Ale w środku spałam. Nie powiedziałabym, że był to smaczny sen. 

Wydawało mi się, że mój świat jest światem szczęśliwym. Ale poczułam, że jest coś nie tak, kiedy wyłam trzeciego sylwestra z rzędu, z ogromnym żalem i smutkiem w środku. Przecież te lata były takie szczęśliwe. Pełne doświadczeń, radości i ciepła. Czemu zatem było mi smutno i to w tak wspaniałym momencie? Po pierwszym totalnie to zignorowałam. Emocje, alkohol, to na pewno to. Drugi sylwester wyłam przy stole do Karoli. Łzy leciały mi jak grochy. Pamiętam, że wtedy jej powiedziałam, że mam wrażenie, jakbym stała obok siebie. Wtedy naprawdę to czułam. Przeraziło mnie to co powiedziałam, ale naprawdę czułam się jakby stała obok i obserwowała jak ktoś kieruje moim życiem za mnie. Nie słyszałam siebie od dawna i wtedy, gdy ryczałam w tego sylwka, po raz pierwszy usłyszałam. Oczywiście nadal nic z tym nie zrobiłam. Nie poszłam na terapie. Nie rozmawiałam o tym z nikim, ale w środku zaczął się proces. Zadawałam sobie wiele pytań. Zaczęłam stawiać granice. Całkowicie nieporadnie, ale skutecznie. Nieporadnie dlatego, bo miałam wrażenie, że nie robię tego tak, jakbym chciała. Z lekką paniką, zdenerwowaniem. Nie byłam też nadal pewna swojego "nie". Zaczęłam iść do przodu. Przez górki i dołki. Zaczęłam czytać i słuchać. Okazało się, że nie jestem sama. Dowiedziałam się, że jestem people pleaserem i to tak profesjonalnie, na pełen etat. Odnalazłam w sobie naiwnego ratownika. W szczególności ratowałam tych, którzy na to nie zasługiwali lub tego nie potrzebowali. Cały czas działałam samodzielnie. Ponad rok przecierałam oczy ze zdumienia. Kiedy miałam już wiedzę, chciałam nauczyć się walczyć. Stawiać granice, ale tak poprawnie, dbać o swój komfort, nie "ich" komfort. W między czasie zaczęłam swoją przygodę z impro. Poznałam stan pełnej akceptacji, który też rozłupał pewną skorupę i przekonania w mojej głowie. Trzeci sylwester wyłam już sama. Potwornie się rozchorowałam. O północy wyszłam na balkon, zawinięta w koc, popijając parujący na zimne Gripex. Na Pradze rozpętała się pierwsza wojna fajerwerkowa a ja wyłam. Płakałam na głos, łzy leciały strugą, tak jak rok wcześniej. Nie zadzwoniłam do nikogo. Nikt nie dzwonił do mnie. W tamten wieczór, mój limit niezrozumienia siebie i świata osiągnął już prawie maximum. 

Dziś wiem, że w niecierpliwości czekałam na pobudkę, ale brakowało mi czegoś, co sprawiłoby, że się obudzę. Tak sobie drzemiąc przez kilkanaście miesięcy dawałam sobie wchodzić na głowę, bo nie miałam wystarczającej siły na to, aby powiedzieć, że koniec drogi na skróty. Ścieżka przejścia przez moją głowę została zamknięta. Zaczęłam po prostu zauważać, że ludzie wykorzystują mój brak asertywności, biorą sobie ode mnie spokój, nawet nie pytając czy mogą. Od tego się zaczęło - ja to po prostu zauważyłam. Przez długi czas totalnie nie miałam pojęcia co z tym zrobić. Teraz wiem, że ogromnym sukcesem i wysiłkiem było przyznanie się przed samą sobą, że dawałam się ludziom. Świat zrobił się jeszcze bardziej smutny, kiedy okazało się, że robią to też niektórzy z moich bliskich. Zabolało porządnie kiedy pomyślałam o tym pierwszy raz. Bolało jeszcze bardziej, kiedy po raz pierwszy odważyłam się komuś o tym powiedzieć. Dziś już nie boli. Dwa lata zajęło mi dojście do tego, że w życiu jest tak, że ta rodzina nie jest idealna. Że rodzice nie są nieomylnymi bóstwami. Są ludźmi, jak każdy inny człowiek w moim otoczeniu. Ich po prostu znam najdłużej. Oni też się mylą, też popełniają błędy, też mogą ranić, wykorzystywać słabości czy krzywdzić. Jeszcze kilka miesięcy temu pomyślałabym, że im można wybaczyć i pozwalać na więcej. Otóż nie. Oni mogą tyle samo ile mogą inni. Nie ma oddzielnych granic dla bliskich. Są te same, tak samo silne i szczelne. Po tym milionie sesji "sam na sam" ze swoimi myślami, przyszła wiosna 2025. Mi ze sobą było coraz ciężej. Podjęłam decyzje o rozpoczęciu terapii. 

Rozpoczęłam czołganie przez bagno. Choć z daleka nie wyglądało ono tak strasznie jakie było naprawdę. Na terapie szłam z myślą, że wiem, że jest niedobrze, że może być lepiej. Ale okazało się, że jak pewne rzeczy wypowie się na głos, to rosną do niesamowitych rozmiarów. Waga zwiększa się kilkukrotnie. Zaczęło się przewalanie gruzu. Kamień po kamieniu. Po trzecim spotkaniu miałam chęć zrezygnować, bo dawni nie czułam się tak źle w swojej głowie. Dużo płakałam, nie rozumiałam siebie i moich bliskich. Ktoś w końcu pokazał mi palcem rzeczy, które ignorowałam przez lata. Granie na moich uczuciach, zrzucanie na mnie odpowiedzialności za nie moje uczucia. Kiedyś grzecznie się po nie schylałam i brałam je do swojego koszyka. Później nie wiedziałam za bardzo co z nimi zrobić. Jednocześnie czułam nacisk z drugiej strony, że to ja mam coś z nimi zrobić, że tego się ode mnie wręcz oczekuje. Okazało się szybko, że ja nie musze ich zbierać do siebie. Na tym polega dorosłość. Odrzuciłam więc odpowiedzialność za uczucia innych, zaczęłam się komunikować w sposób "kumam co czujesz, ale to nie moje uczucia". Ściana nośna mojego problemu runęła, a razem z nią wszystko co było do niej przyczepione od lat. Czy od razu poczułam się lepiej? Oczywiście, że nie. Czułam się okropnie. Myślałam o sobie: zła przyjaciółka, zła siostra, najgorsza córka. Do czasu. Do czasu, kiedy zrozumiałam, że to moje postrzeganie siebie samej jest najważniejsze. To jak ja patrzę na siebie. Moje decyzje i to jak się z nimi czuje. Okazało się, że powiedzenie "nie" może być osiągnięciem rangi pobicia olimpijskiego rekordu. "Malwina, ale musisz...". Nie. Nic nie muszę. Dokładnie pamiętam moment, w którym wypada to ze mnie po raz pierwszy, bez kontroli, ale z całkowitą pewnością i przekonaniem. Kilka minut po tym czułam się jakbym właśnie pozowała do pomnika, który ma uczcić moją asertywność. To co mnie zaskoczyło, to to, że nie było konsekwencji tej odmowy. Druga strona odebrała komunikat, mimo, że nie był on dokładnie taki jakiego chciała dla siebie. Konsekwencje stawiania granic nie nadeszły, a tak bardzo się ich przez całe życie bałam. 

Kiedy już mniej więcej uporządkowałam wnętrze, przyszedł czas na świat zewnętrzny. W końcu byłam po wieloletniej drzemce, wiele przygód ominęło mnie bo "wyglądam za grubo". Małymi krokami na terapii wdrażałam zamienniki jedzenie, w które uciekałam przez lata. Tak powstała lista małych przyjemności. Znalazło się na niej czytanie, pisanie, rozmowa z przyjaciółmi, aktywność fizyczna, kąpiel, film. Po spisaniu jej nigdy do niej nie zajrzałam. Co ciekawsze, zamienniki jakby same wdrożyły się w życie. Kiedyś jadąc do domu przez Wisłę myślałam o tym co sobie zjem jak dojadę do domu, niezależnie do tego czy byłam głodna czy nie. Któregoś czerwcowego popołudnia pomyślałam "o, dziś pobiegam w tej nowej bluzce". Zaraz! Co? Jak to? Złapałam zaskoczona tę myśl, kompletnie nie mając pojęcia skąd się wzięła. Siedząc w jadącym tramwaju uświadomiłam sobie, że ja od miesiąca regularnie ruszam się na siłowni, zaczęłam biegać, również regularnie. Myślenie o tym zastąpiło mi myślenie o jedzeniu. Z początkiem września przebiegam swój drugi w życiu bieg, tym razem na 10 kilometrów. Dodatkowo byłam roztrenowana od miesięcy, przygotowana fizycznie i mentalnie. Ciary jakie towarzyszyły mi na mecie były takimi ciarkami jakich ni czułam nigdy wcześniej. Może nigdy wcześniej tak naprawdę nie byłam z siebie dumna? Tak długo żyłam w przekonaniu, że znam siebie, a ja chyba nigdy nie poznałam bardziej samej siebie jak w tym roku. 

Czy miewam gorsze momenty? Oczywiście, mam wrażenie, że paradoksalnie jest ich znacznie więcej niż kiedyś. Dziś wiem co z nimi zrobić. Widzę je. Nie zasłaniam oczu, nie przemilczam. 


Robocze z 2023 - ku pamięci - opublikowane 7.01.2026

 Dzisiejsze wydarzenia popychają mnie do tego, aby napisać ten post. 

Syn przyjaciółki rodziny właśnie miał udar - aktywny sportowo, kawałek po trzydziestce, żyjący w Anglii. Ostatnimi czas trochę mu się w życiu pomieszało, ale nadal pozostaje szczęśliwym ojcem, którego praktycznie w swoim życiu nie miał. Jego mama rzuca wszystko i wsiada w pierwszy samolot do Anglii aby wyciągnąć go ze szpitala. To już kolejny raz jak D jest wystawiana na próbę życia, której wiele osób by nie wytrzymało. Nie ma w swoim życiu spokojnych wód. Zawsze jest sztorm - mały lub większy. I przyszedł kolejny, równie trudny do przepłynięcia. Ja wiem, że D da radę, bo zawsze daje, w pojedynkę czy z pomocą innych. Siła matczynej miłości nie zna granic. Pokłady akceptacji, które noszą w sobie matki to jest coś czego chyba nigdy nie zrozumiem. 

A to wszystko znów wraca mnie do myśli, o której zbyt często zapominam - życie jest tyle warte a tak łatwo może się pokruszyć. Wpychamy w siebie niezliczoną ilość śmieci - czy to papierosy, alkoholu lub jedzenie. Sama to robię. Za każdym razem się wściekam, gdy dzieje się właśnie coś takiego, że nie szanuje swojego zdrowia. Tak sobie żyje, od górek po dołki szanowania swojego ciała. Sama nie wiem dlaczego. Czy to kwestia dopaminy, którą jesteśmy otoczeni i żyć bez niej nie umiemy? A z drugiej strony czy to właśnie na tym polega życie, aby czerpać z niego jak najwięcej? To obecnie jest mój największy dysonans. 

czwartek, 9 czerwca 2022

Jestem dumna i wdzięczna

Tak. Dziś mogę stwierdzić, że jestem z siebie cholernie dumna. Biorąc pod uwagę mojego groźnego wewnętrznego krytyka, zawsze było mi mało. Zawsze można było zrobić więcej. Ale dziś mogę spokojnie stwierdzić, że to gdzie jestem, co robię i jakim człowiekiem się staje totalnie mnie zadowala. Czuje taki wewnętrzny spokój, że wiem co robić, nie panikuje i spokojnie stawiam krok za krokiem. 

Idę na studia. Szok co? nie wiedziałam, że to kiedyś się jeszcze wydarzy. Wybrałam uczelnie, chyba dobrą. I czuje wielką ekscytacje z okazji tego, że będę zdobywać wiedze. No wiem, wiem. Brzmi to bardzo sztywno. Ale serio tak się czuje. Wiem, że będę musiała przeznaczyć na to sporo kasy, czasu i cierpliwości. Ale cóż, w życiu nie ma nic za darmo :)

Ponadto niedługo wakacje, a ja jestem już po jednej wizycie w Barcelonie. Z moim bratem. Był to bardzo fajny wyjazd, ale to pokazało mi, że za długo nie możemy przebywać w jednym pomieszczeniu. Wreszcie zrobiło się ciepło, zielono i pachnąco i dzięki temu mam wrażenie że jestem wdzięczna za miejsce w którym przyszło mi żyć. Owszem, są z pewnością lepsze miejsca na tej planecie. Ale zastanawiam się jak wiele jest tych, które są o wiele gorsze.

Jestem wdzięczna za to, że mam swój kącik, dobrą pracę i zdrowie. Wdzięczna jestem za moją rodzinę, za to że są zdrowi i szczęśliwi. Za spokój, który mam w życiu i dobrych ludzi wokół siebie, którzy tego spokoju nie rujnują. Że jestem wolna, mam prawo wyboru, mam możliwości z których korzystam. Wdzięczna za to, że kiedy chcę to pędzę, a kiedy mam ochotę zwolnić to po prostu to robię. 

poniedziałek, 28 lutego 2022

Zmiany. Te duże i te małe

Jak to się stało, że nie pisałam tu przez dwa lata?!


Mogłabym po prostu stwierdzić, że nic takiego się nie zadziało w moim życiu. Ale prawda jest taka, że działo się bardzo dużo. 

Z początkiem 2021 podjęłam decyzję, że wyrywam się z macek największej i najbardziej toksycznej ośmiornicy jaką dotychczas miałam okazje spotkać na swojej drodze. Mowa o moim byłym szefie. Z ogromnym strachem i lękiem przed tym co mnie czeka, złożyłam wypowiedzenie. Oczywiście płakałam i bałam się, bo miałam poczucie, że to moja wina, że robię źle, że zostawiam ich, tych którzy nauczyli mnie chodzić w branży w której działam. Prawda jest taka, że wtedy byłam pod wpływem człowieka o osobowości narcystycznej. Teraz to wiem, bo przeczytałam wiele, wysłuchałam wielu podcastów i rozmawiałam z ludźmi. Przeszłam przez wszystkie etapy wpływu takiej osoby. Wtedy o tym nie wiedziałam, z jak wielką toksyną miałam do czynienia. 

Dziś kiedy poznałam inne perspektywy, kiedy w ogóle mogłam się do tego zdystansować, widzę, jak wielkim niewolnikiem narcyza byłam jeszcze rok temu. Dziś jestem już wolna od tych negatywnych bodźców. Od wiecznych pretensji i manipulacji. Czy ma żal? A czy można mieć żal do osoby chorej, która nie widzi potrzeby leczenia się, z tego jak traktuje innych ludzi? Chyba nie, bo osoba ta nie zauważa swoich czynów, a może zauważa? … wolę o tym nie myśleć i zachować choć trochę współczucia. 


Dziś siedzę niedaleko, adres dalej, na tej samej wysokości. Ale z wielką różnicą. Siedzę w sterylnie zdrowej atmosferze. Świeża głowa, nowe twarze i totalny brak toksyn. 


Dużo przystanków zaliczyłam w tym ubiegłym roku. Nie uważam to za złe doświadczenie. Miałam okazje wysiąść wreszcie z pędzącego pociągu i zobaczyć jak wygląda świat w różnych miejscach. Te duże miejsca i te mniejsze, ludzie, którzy są w nich od kilku lat. Jak zwykle wszystko kręciło się wokół Krakowa. Aż do stycznia tego roku. Postanowiłam kolejny raz zrobić lemoniadę, z cytryn które dało mi życie. 

Tym sposobem w całe 365 dni dokonałam gigaprogresu. Udało mi się wyprowadzić z domu, wyleczyć zniszczony kręgosłup, stać się lamą na diecie pudełkowej i podjąć kolejną próbę odnośnie zrzucenia wagi. Wróciłam do nauki tureckiego, żeby mieć coś z tej słodko-gorzkiej przygody z przeszłości. Staram się robić rzeczy tak, aby nigdy, ale to nigdy, nawet przez sekundę nie żałować, że uciekłam z tej czarnej dziury na V. 


dziś oddycham!

czwartek, 1 października 2020

Do kosza z tym bumerangiem!

 Z poniższego posta było we mnie mniej i mniej tej całej chemii uczuć z tygodnia na tydzień. 


Teraz najzwyczajniej w świecie uważam, że byłam zakochana pierwszy raz w życiu. I na własne życzenie rozdrapałam ranę, która była już w ostatniej fazie gojenia. Zerwałam plaster, ze strupem, który zaczął krwawić. 


Przeżyłam piękne lato, widziałam piękne wschody i zachody. Na polskich Mazurach i w Hiszpańskiej Maladze. Przepłynęłam Pilice na spływie kajakowym, zrobiłam tysiące kilometrów na rowerze. Właśnie! Kupiłam rower! Piękny, Miętowy, z fioletowymi akcentami. To on pomógł mi się pozbyć ok. 10 kilogramów i trzeciego podbródka, z którego zostały mi już tylko dwa :)

W sierpniu zaczęłam bawić się w Tindera. W prawo, w lewo, w lewo, w lewo i czasami znowu w prawo. Stwierdziłam, że trzeba wżyciu chociaż raz pójść na żenującą randkę, która skończy się w łóżku. Poznałam M w dniu w którym wylatywał do Stambułu. Noo i właśnie. Cała teoria o tym, że bumerang to do kosza, właśnie została wrzucona do kosza "za trzy". Mieliśmy kontakt przez jego większość pobytu aż w końcu, on stwierdził, że ja nadal tęsknie za R. bo znalazł na moim IG sotry gdzie przez sekundę go widać. Miał racje w dwóch kwestiach. Miał prawo zezłościć się, że przetrzymuje zdjęcia/video swojego byłego, którego przecież rak bardzo nienawidzę. Druga sprawa jest taka, że serio ja czasami tęsknie za tym idiotą. Choć on na to w ogóle nie zasługuje. 

Kontakt się urwał. Na kilka tygodni. Ja zdążyłam się już pogodzić z faktem, że znajomość zawarta z typem z Tindera, który jest kolejnym turkiem, totalnie nie miała prawa się udać. Ale! Będąc w Maladze, odezwał się, reagując kolejny raz na urywek na którym widać przez chwilę R. Oczywiście domyślasz się, że jako kobieta pomyślałam sobie "ale gość, nie bedzie mi mówił co ja mam robić, nie ma opcji, aby porządkował moje social media". Zaczęliśmy minikłótnie. W której w sumie wytłumaczyliśmy sobie wszystko, ja przyznałam mu z wielką łaską racje. Wróciliśmy ponownie do regularnego kontaktu. Czas jego przylotu do Polski się zbliżał. Przyleciał. Zaczęliśmy rozmawiać o spotkaniu. Oboje zdecydowaliśmy, że byłoby się fajnie wreszcie spotkać na żywo. Z dnia na dzień, kiedy termin spotkania się zbliżał, M. robił się coraz bardziej zachowawczy. Nie było już wiadomości, które sprawiały że miałam wypieki na polikach. 

Sobota, 20:30, Patelnia w centrum Warszawy i ja z sercem przy gardle. Czekam na M. Prawie płonę od środka ze stresu, bo przecież to moja pierwsza tinderowa randka. Oczywiście w momencie kiedy się pojawił, wszystko mi odeszło. Wysoki, przystojny, z cieplutkim spojrzeniem i oczywiście jak na turka przystało - ubrany cały na czarno. Ruszyliśmy w poszukiwaniu miejsca na drinka. Warszawa akurat tego ostatniego ciepłego dnia pękała w szwach. Totalnie zawalona. Wreszcie udało nam się coś znaleźć. Szybko zamówiliśmy gin-tonic, to na co się umawialiśmy. Pierwszy, drugi i techno. W lokalu w którym wylądowaliśmy "w tle" leciało coś strasznego. Postanowiliśmy zmienić miejsce. W którym rownież leciało... techno! Z racji tego, że nigdy nie zabierałam zwierzyny do klatki, postanowiłam, że skoro zdobyliśmy się na tyle odwagi aby się spotkać, to kontynuujmy ten fesiwal żenady. Wsidliśmy do Ubera, w którym również leciało techno. Na miejscu, okazało się, że żadne z nas nie jest wilkiem podrywu i ONSów, więc powiało drętwotą, ale zdażyło się to co miało się zdarzyć. W nocy od dawna poczułam tę bliskość, za którą mega już tęskniłam. Delikatne dłonie, które zawsze jakby łapały kontakt z moim ciałem. 

Następny dzień przyniósł susze. A M. ubrał w słowa to co ja również czułam. To, że nie było to nic specjalnego. Było po prostu dobrze. I zamilkliśmy na tydzień. Niesiona alkoholem w następny piątek, rzuciłam do niego niezobowiązujące "co u ciebie słychać". Jak bardzo się myliłam w przekonaniu że odpisze. Odpisał, ale kurwa po tygodniu. Myślałam, że właśnie oślepłam. Po krótkiej wymianie pretensji z mojej strony, przyznał, że zagnieździłam się mu w głowie. No stary serio? Ja prawie dostałam wrzodów ze złości na samą siebie, bo on usiadł i się po chamsku rozgościł w mojej głowie, a ja wściekałam się, że nie chce wyjść. 

Spotkaliśmy się ponownie. Na tym spotkaniu poczułam się jakbyśmy z kaktusa przeskoczyli na miękką poduszkę. Godziny rozmów, o wszystkim i o niczym. Totalny luz. Zarobiłam nawet 10 punktów dla mojego dormitorium, bo otrzymałam mieciutkiego buziaka, którego w sumie się nie spodziewałam. 

Na dzień dzisiejszy, mamy przed sobą spory dystans. Bo komu byłby wygodnie zaczynając z kimś w łóżku, a później nieśmiało proponować spotkanie na kawę ? Trochę trudne nie? przynajmniej dla mnie, bo wszystko jest na odwrót. Co nie oznacza że jest źle. 

Teraz też powinnam napisać, że wrócę tu za miesiąc. I zobaczymy. 


M. 

wtorek, 10 marca 2020

Wszystko wraca jak bumerang

Od złamanego serca minęło już 3 miesiące. 
Jak chory na zapaleniu płuc, który wychodzi ze szpitala na własne życzenie po tygodniu, wybrałam się na "kozaka" do Alanyi. 

Zaplanowałyśmy wspólny wyjazd z K. ponieważ miała urodziny, rozstała się z chłopakiem tak jak ja, w między czasie straciła pracę, więc nic w życiu nie pomaga na takie problemy, jak babski wyjazd...

Ale nie w miejsce gdzie złamało się serce kilkadziesiąt dni wcześniej.... 

Tak jak wspomniałam, pojechałam tam "na kozaka", ponieważ wydało mi się że jak od miesiąca nie uroniłam łzy z powodu idioty, który złamał mi serce, jestem gotowa na powrót do miejsca gdzie zaczęło się wszystko. 

Wylądowałam dumna i szczęśliwa, uzbrojona w blaszaną zbroje prosto w słonecznej Antalyi. Wsiadłam do busika który wiózł mnie 120km wprost do wulkanu, który moim zdaniem był już martwy od wieków. Dotarłam do hotelu, o średnim standardzie, ale jak najbardziej wystarczającym do relaksu i babskiego wypadu. K. jak zwykle musiała "zaliczyć" Turcję już pierwszego wieczora. Wtedy pomyślałam sobie, że nasz polska naiwność nie ma granic. Następnego wieczora, jej Turcja siedziała wpatrzona w inne, polskie i równie naiwne oczy. 
Czasami zapominam, że moje życie nierzadko przypomina jakiś posrany scenariusz, który nagle zostaje wcielony w moje realia, to już wiem i wiele razy się o tym przekonałam. Było też tak i tym razem, a piszę o tym odnośnie wcześniej wspomnianej polskiej naiwności. Do lobby wchodzi sobie Turek za rękę z Polką ( również naiwną). Jego twarz znajoma i to w ogromnym stopniu. Szybko kartkuje moją pamięć... i znów od początku, rozdział po rozdziale mojego klasera wspomnień z kraju tulipanów. WIEM! Kelner z Leman Kultur, które jest i będzie moim ukochanym miejscem nad brzegiem ciepłego morza, z widokiem na zamek. Cwaniaczek, wyhaczył sobie kolejną nawiną. I wiedzę siebie. Siebie i tę moją naiwność. Dokładnie jak dwa lata wcześniej, to ja jestem tą szczęśliwie dreptającą dziewczyną za rączkę, z miłością swojego życia, będąc jego miłością życia... NOT! Bajki istnieją tylko w bajkach. I wtedy jak ich zobaczyłam, to małymi kroczkami wraca do mnie to co mi zabrano. To szczęście.... bo naprawdę, nigdy w życiu nie byłam bardziej szczęśliwa. I ktoś mi to zabrał. Bez kurwa pytania. 

K. stwierdziła, że być w Turcji i nie zapalić shishy, to żyć i nie umrzeć. Wiec podreptałyśmy, do knajpy do której chadzałam często z R. Przeszłyśmy pół Alany. Wchodzimy do odnowionego Maldives, lokal aż pęka w szwach bo na telewizorach buja się mecz, turcy pufają sobie shishe i przeżywają emocje godne tylko mężczyzn. Przedzieramy się przez zadymiony, przestronny lokal, wchodzimy do sali na końcu i... uwaga, znowu ktoś włączył scenariusz w moje życie. Widzę te ciemne, wielbłądzie oczy, piękną twarz, gęstę włosy i minę człowieka który właśnie wlazł w kupę bosą stopą. K. zdążyła tylko powiedzieć "o kurwa" i równocześnie odwróciłyśmy się na pięcie, pując do wyjścia czym prędzej. Moje nogi są z waty, w głowie szumi i wiruje, dłonie sięgają po papierosy, których miałam już kurwa nie palić, bo miałam przecież kaca. Przechodzimy przez ulicę i przez moje usta jak mantra wylatuje potok przekleństw i coś tam o tym że mam zezowate szczęście. 
Resztę wieczoru zapijam, wszystkim co się da. Budzę się z kacem. 

Następny dzień spędzam na zamku, jak idiotka odblokowuje jego profil na IG. Pozwalam sobie odpowiedzieć na kilka wiadomości. Wieczorem, po kilku drinkach K. zgonuje w pokoju a ja niesiona czymś, czego nie jestem i nigdy w stanie nie będę opisać, odpowiadam na zaproszenie na spacer. Wiedziałam co mnie na nim czeka... powrót do wszystkiego. Do wspomnień, do planów, do przeszłości i przyszłości którą razem wieliśmy. Pierwsze wrażenie było jak zwykle. Wielki stres przed, natomiast gdy tylko się zobaczyliśmy wszystko odeszło. Bez pytania ruszyliśmy w stronę plaży Kleopatry, którą to właśnie R pokazał mi po raz pierwszy. Usiedliśmy, ale po krótkim czasie, nie wiem nawet kiedy, doszło do pocałunku, który wywrócił mi wszystko w brzuchu, w sercu i w głowie do góry nogami. Nigdy nikt, nie powiedział mi tak wiele słowami, a co dopiero pocałunkiem. Moje oczy zalały łzy, bo przypomniałam sobie jak wiele krzywdy wyrządził mi ten człowiek w którego oczach widzę miłość w tej chwili. Łzy wypadały z moich oczu, jedna za drugą. nie panowałam nad tym. A on je po prostu zbierał, łapał jak do koszyka, jak gdyby każdą z nich chciał zabrać do siebie i zamienić ten ból na coś dobrego. 

Nigdy nie miałam takiego mętliku w głowie. Na dziś dzień, nie wiem jak sobie z tym poradzić Jestem w Polsce a mam ochotę biec chociażby jutro. Chociaż wiem, że on na to nie zasługuje nawet w jednym centymetrze. Mówi się, że miłość wybaczy wszystko. Czy należy w to wierzyć ? Jak wielkim poniżeniem dla mnie samej byłoby przełknięcie czegoś takiego? To jak wystawić policzek w zamian za wielką przysługę. 

Wrócę tu za miesiąc, obiecuje! Mam nadzieje, że będę twierdzić już wtedy że po prostu mnie pojebało :) 

piątek, 6 grudnia 2019

Nie wszystko da się wywróżyć z fusów po kawie

Głupia, 

naiwna, 

ślepa, 

...

I takich przymiotników mam w sobie jeszcze kilka. Ostatni post. Malwina zaślepiona "szczerą miłością, Romkiem płaczącym z tęsknoty".... Boże, nawet nie jestem w stanie opisac swojej wściekłości którą mam teraz w sobie, nawet podczas pisania tego posta. 

Ktoś wyrządził mi ogromna krzywdę, na dzień dzisiejszy uważam, że jest to rana, która na zawsze pozostawi po sobie bliznę, sprawi że nigdy już w 100% nikomu nigdy nie zaufam. Czuje się zraniona, oszukana, jak małe dziecko które ktoś porzucił i nie wytłumaczył dlaczego. 

Romek okazał się dupkiem (mało powiedziane) do kwadratu. W dzień mojego przylotu odkryłam, że nie byłam jedyną jego wybranką. Okazało się, że równie bardzo "kochał" niemkę z Norymbergi. Planowali wspólne wakacje w Tajlandii, podróż Romka do Niemiec. Podróż na Kapadocje. Wszystko to co kiedyś planował ze mną, zaczął planować z inną kobietą. W sierpniu okazuje się że również nie byłam jego jedynym obiektem westchnień. Ona byla tam w tym samym czasie co ja. Biedny był tak zalatany, że musiał kursować między dwoma miastami. Z Side do Alanyi, z Alanyi do Side. Ona odwiedzała go kilkukrotnie w Side. Spędzali czas razem w hotelu, wieczory, dnie i noce. 

Twierdził, że ze mną skończy, po to aby być z nią. Powiedział jej że zrobi to powoli, ponieważ jestem wrażliwą osobą i miał kurwa racje. Bo rozdeptał moje serce na milion kawałków. Nigdy nie czułam takiego zawodu. Nigdy wcześniej w życiu. Zdrada, to był mój najgorszy strach. Zawsze się bałam, że może mnie to kiedyś dotknąć i stało się. 

Spędziłam samotny tydzień a Alanyi. Wyprowadziłam się. Przeszłam z walizką całą Alanyie, popłakując sobie przez całe 6 kilometrów. Na pomoc przybyła mi Magda, która znam już od kilku lat i mieszka w Alanyi wraz z rodziną. Wspólnie z jej tureckim mężem, opowidzieli mi mnóstwo historii które poziomem dorównywały mojemu koszmarowi, a czasem nawet i przewyższały. 
Pieszo robiłam masę kilometrów. Spałam na plaży, spacerowałam i w deszczu i w słońcu, cały czas zastanawiając się nad tym, czy jest jakieś sensowne wytłumaczenie tego co właśnie mnie spotkało. A spotkało mnie wielkie oszustwo. Oszukała mnie osoba, którą kochałam, ufałam w 100%. Był ostatnią istotą, którą mogłabym posądzić o coś takiego. Nigdy nie przszło mi do głowy że te wiecznie szczere i wpatrzone we mnie oczy mogą spoglądać w stronę innej osoby. A była nią niemka, która przyszła kiedyś na tatuaż do studia, w którym pracował Romek przez cały zeszły sezon. Okłamywał mnie odnośnie swojego braku czasu... ale w sumie mówił prawdę, bo nie miał czasu ze względu na to że był zajęty swoją kolejną dziewczyną. 

To jak teraz się czuje, zrozumie chyba tylko kobieta, która już kiedyś była zdradzona. Mieszanka złości, samotności, chęci zemsty, poczucia porzucenia i potrzeba wiecznego poszukiwania odpowiedzi dlaczego taka rzecz miała miejsce. Przecież było nam tak dobrze i planowaliśmy że będzie już tylko lepiej i lepiej. I nagle, ktoś kto nawet tego ze mną nie skonsultował, chciał się zabawiać, zrobił to tak jak chciał i to wiele razy. Bez mojej wiedzy, bez potrzeby poinformowania mnie o tym. Po prostu się bawił. A jedyną osobą, która za to płaci jestem ja. Ja, która chciała tylko miłości, ciepła i tych wpatrzonych we mnie oczu. 

Okazało się jednak, że człowiek o którym mówiłam post niżej, wcale na mnie nie zasługiwał. Nie był wart wszystkiego co dla niego poświęciłam i oddałam. Bawił się, nie tylko mną.


Życzę wszystkim kobietom, aby zawsze miały szeroko otwarte oczy oraz uszy, a serca szczelne i ostrożne.