środa, 7 stycznia 2026

Coś się z Tobą stało? - napisane w 2025 - publikacja 07.01.2026

Zastanawiam się od czego zacząć tego posta. Ostatni raz, kiedy wrzuciłam tu coś oficjalnie, ludzkość nie znała jeszcze ChatGPT, tylko leczyła traumy i depresje po Covid19. 

Od ponad dwóch lat żyłam trochę zimując. Zapadłam w długi, dwuletni sen. Mam wrażenie, że zewnętrznie, owszem, żyłam, doświadczałam, cierpiałam i cieszyłam się. Ale w środku spałam. Nie powiedziałabym, że był to smaczny sen. 

Wydawało mi się, że mój świat jest światem szczęśliwym. Ale poczułam, że jest coś nie tak, kiedy wyłam trzeciego sylwestra z rzędu, z ogromnym żalem i smutkiem w środku. Przecież te lata były takie szczęśliwe. Pełne doświadczeń, radości i ciepła. Czemu zatem było mi smutno i to w tak wspaniałym momencie? Po pierwszym totalnie to zignorowałam. Emocje, alkohol, to na pewno to. Drugi sylwester wyłam przy stole do Karoli. Łzy leciały mi jak grochy. Pamiętam, że wtedy jej powiedziałam, że mam wrażenie, jakbym stała obok siebie. Wtedy naprawdę to czułam. Przeraziło mnie to co powiedziałam, ale naprawdę czułam się jakby stała obok i obserwowała jak ktoś kieruje moim życiem za mnie. Nie słyszałam siebie od dawna i wtedy, gdy ryczałam w tego sylwka, po raz pierwszy usłyszałam. Oczywiście nadal nic z tym nie zrobiłam. Nie poszłam na terapie. Nie rozmawiałam o tym z nikim, ale w środku zaczął się proces. Zadawałam sobie wiele pytań. Zaczęłam stawiać granice. Całkowicie nieporadnie, ale skutecznie. Nieporadnie dlatego, bo miałam wrażenie, że nie robię tego tak, jakbym chciała. Z lekką paniką, zdenerwowaniem. Nie byłam też nadal pewna swojego "nie". Zaczęłam iść do przodu. Przez górki i dołki. Zaczęłam czytać i słuchać. Okazało się, że nie jestem sama. Dowiedziałam się, że jestem people pleaserem i to tak profesjonalnie, na pełen etat. Odnalazłam w sobie naiwnego ratownika. W szczególności ratowałam tych, którzy na to nie zasługiwali lub tego nie potrzebowali. Cały czas działałam samodzielnie. Ponad rok przecierałam oczy ze zdumienia. Kiedy miałam już wiedzę, chciałam nauczyć się walczyć. Stawiać granice, ale tak poprawnie, dbać o swój komfort, nie "ich" komfort. W między czasie zaczęłam swoją przygodę z impro. Poznałam stan pełnej akceptacji, który też rozłupał pewną skorupę i przekonania w mojej głowie. Trzeci sylwester wyłam już sama. Potwornie się rozchorowałam. O północy wyszłam na balkon, zawinięta w koc, popijając parujący na zimne Gripex. Na Pradze rozpętała się pierwsza wojna fajerwerkowa a ja wyłam. Płakałam na głos, łzy leciały strugą, tak jak rok wcześniej. Nie zadzwoniłam do nikogo. Nikt nie dzwonił do mnie. W tamten wieczór, mój limit niezrozumienia siebie i świata osiągnął już prawie maximum. 

Dziś wiem, że w niecierpliwości czekałam na pobudkę, ale brakowało mi czegoś, co sprawiłoby, że się obudzę. Tak sobie drzemiąc przez kilkanaście miesięcy dawałam sobie wchodzić na głowę, bo nie miałam wystarczającej siły na to, aby powiedzieć, że koniec drogi na skróty. Ścieżka przejścia przez moją głowę została zamknięta. Zaczęłam po prostu zauważać, że ludzie wykorzystują mój brak asertywności, biorą sobie ode mnie spokój, nawet nie pytając czy mogą. Od tego się zaczęło - ja to po prostu zauważyłam. Przez długi czas totalnie nie miałam pojęcia co z tym zrobić. Teraz wiem, że ogromnym sukcesem i wysiłkiem było przyznanie się przed samą sobą, że dawałam się ludziom. Świat zrobił się jeszcze bardziej smutny, kiedy okazało się, że robią to też niektórzy z moich bliskich. Zabolało porządnie kiedy pomyślałam o tym pierwszy raz. Bolało jeszcze bardziej, kiedy po raz pierwszy odważyłam się komuś o tym powiedzieć. Dziś już nie boli. Dwa lata zajęło mi dojście do tego, że w życiu jest tak, że ta rodzina nie jest idealna. Że rodzice nie są nieomylnymi bóstwami. Są ludźmi, jak każdy inny człowiek w moim otoczeniu. Ich po prostu znam najdłużej. Oni też się mylą, też popełniają błędy, też mogą ranić, wykorzystywać słabości czy krzywdzić. Jeszcze kilka miesięcy temu pomyślałabym, że im można wybaczyć i pozwalać na więcej. Otóż nie. Oni mogą tyle samo ile mogą inni. Nie ma oddzielnych granic dla bliskich. Są te same, tak samo silne i szczelne. Po tym milionie sesji "sam na sam" ze swoimi myślami, przyszła wiosna 2025. Mi ze sobą było coraz ciężej. Podjęłam decyzje o rozpoczęciu terapii. 

Rozpoczęłam czołganie przez bagno. Choć z daleka nie wyglądało ono tak strasznie jakie było naprawdę. Na terapie szłam z myślą, że wiem, że jest niedobrze, że może być lepiej. Ale okazało się, że jak pewne rzeczy wypowie się na głos, to rosną do niesamowitych rozmiarów. Waga zwiększa się kilkukrotnie. Zaczęło się przewalanie gruzu. Kamień po kamieniu. Po trzecim spotkaniu miałam chęć zrezygnować, bo dawni nie czułam się tak źle w swojej głowie. Dużo płakałam, nie rozumiałam siebie i moich bliskich. Ktoś w końcu pokazał mi palcem rzeczy, które ignorowałam przez lata. Granie na moich uczuciach, zrzucanie na mnie odpowiedzialności za nie moje uczucia. Kiedyś grzecznie się po nie schylałam i brałam je do swojego koszyka. Później nie wiedziałam za bardzo co z nimi zrobić. Jednocześnie czułam nacisk z drugiej strony, że to ja mam coś z nimi zrobić, że tego się ode mnie wręcz oczekuje. Okazało się szybko, że ja nie musze ich zbierać do siebie. Na tym polega dorosłość. Odrzuciłam więc odpowiedzialność za uczucia innych, zaczęłam się komunikować w sposób "kumam co czujesz, ale to nie moje uczucia". Ściana nośna mojego problemu runęła, a razem z nią wszystko co było do niej przyczepione od lat. Czy od razu poczułam się lepiej? Oczywiście, że nie. Czułam się okropnie. Myślałam o sobie: zła przyjaciółka, zła siostra, najgorsza córka. Do czasu. Do czasu, kiedy zrozumiałam, że to moje postrzeganie siebie samej jest najważniejsze. To jak ja patrzę na siebie. Moje decyzje i to jak się z nimi czuje. Okazało się, że powiedzenie "nie" może być osiągnięciem rangi pobicia olimpijskiego rekordu. "Malwina, ale musisz...". Nie. Nic nie muszę. Dokładnie pamiętam moment, w którym wypada to ze mnie po raz pierwszy, bez kontroli, ale z całkowitą pewnością i przekonaniem. Kilka minut po tym czułam się jakbym właśnie pozowała do pomnika, który ma uczcić moją asertywność. To co mnie zaskoczyło, to to, że nie było konsekwencji tej odmowy. Druga strona odebrała komunikat, mimo, że nie był on dokładnie taki jakiego chciała dla siebie. Konsekwencje stawiania granic nie nadeszły, a tak bardzo się ich przez całe życie bałam. 

Kiedy już mniej więcej uporządkowałam wnętrze, przyszedł czas na świat zewnętrzny. W końcu byłam po wieloletniej drzemce, wiele przygód ominęło mnie bo "wyglądam za grubo". Małymi krokami na terapii wdrażałam zamienniki jedzenie, w które uciekałam przez lata. Tak powstała lista małych przyjemności. Znalazło się na niej czytanie, pisanie, rozmowa z przyjaciółmi, aktywność fizyczna, kąpiel, film. Po spisaniu jej nigdy do niej nie zajrzałam. Co ciekawsze, zamienniki jakby same wdrożyły się w życie. Kiedyś jadąc do domu przez Wisłę myślałam o tym co sobie zjem jak dojadę do domu, niezależnie do tego czy byłam głodna czy nie. Któregoś czerwcowego popołudnia pomyślałam "o, dziś pobiegam w tej nowej bluzce". Zaraz! Co? Jak to? Złapałam zaskoczona tę myśl, kompletnie nie mając pojęcia skąd się wzięła. Siedząc w jadącym tramwaju uświadomiłam sobie, że ja od miesiąca regularnie ruszam się na siłowni, zaczęłam biegać, również regularnie. Myślenie o tym zastąpiło mi myślenie o jedzeniu. Z początkiem września przebiegam swój drugi w życiu bieg, tym razem na 10 kilometrów. Dodatkowo byłam roztrenowana od miesięcy, przygotowana fizycznie i mentalnie. Ciary jakie towarzyszyły mi na mecie były takimi ciarkami jakich ni czułam nigdy wcześniej. Może nigdy wcześniej tak naprawdę nie byłam z siebie dumna? Tak długo żyłam w przekonaniu, że znam siebie, a ja chyba nigdy nie poznałam bardziej samej siebie jak w tym roku. 

Czy miewam gorsze momenty? Oczywiście, mam wrażenie, że paradoksalnie jest ich znacznie więcej niż kiedyś. Dziś wiem co z nimi zrobić. Widzę je. Nie zasłaniam oczu, nie przemilczam. 


Robocze z 2023 - ku pamięci - opublikowane 7.01.2026

 Dzisiejsze wydarzenia popychają mnie do tego, aby napisać ten post. 

Syn przyjaciółki rodziny właśnie miał udar - aktywny sportowo, kawałek po trzydziestce, żyjący w Anglii. Ostatnimi czas trochę mu się w życiu pomieszało, ale nadal pozostaje szczęśliwym ojcem, którego praktycznie w swoim życiu nie miał. Jego mama rzuca wszystko i wsiada w pierwszy samolot do Anglii aby wyciągnąć go ze szpitala. To już kolejny raz jak D jest wystawiana na próbę życia, której wiele osób by nie wytrzymało. Nie ma w swoim życiu spokojnych wód. Zawsze jest sztorm - mały lub większy. I przyszedł kolejny, równie trudny do przepłynięcia. Ja wiem, że D da radę, bo zawsze daje, w pojedynkę czy z pomocą innych. Siła matczynej miłości nie zna granic. Pokłady akceptacji, które noszą w sobie matki to jest coś czego chyba nigdy nie zrozumiem. 

A to wszystko znów wraca mnie do myśli, o której zbyt często zapominam - życie jest tyle warte a tak łatwo może się pokruszyć. Wpychamy w siebie niezliczoną ilość śmieci - czy to papierosy, alkoholu lub jedzenie. Sama to robię. Za każdym razem się wściekam, gdy dzieje się właśnie coś takiego, że nie szanuje swojego zdrowia. Tak sobie żyje, od górek po dołki szanowania swojego ciała. Sama nie wiem dlaczego. Czy to kwestia dopaminy, którą jesteśmy otoczeni i żyć bez niej nie umiemy? A z drugiej strony czy to właśnie na tym polega życie, aby czerpać z niego jak najwięcej? To obecnie jest mój największy dysonans.